sobota, 25 maja 2013

Państwowa zorganizowana przestepczosc.

Cześć wszystkim. 

Czy zdajecie sobie sprawę z tego ze żyjemy z kraju gdzie prezydent Komorowski uznaje za prawie normę to ze kontaktuje sie ze sluzbami wywiadowczymi Rosji? Norma co?

Shit!

środa, 27 lutego 2013

Tadam! ATPL(A) część ostatnia

W końcu udało mi się dotrwać do końcówki mozolnego zdawania ATPLa(A)a:)
Zostało mi tylko nauczyć się Flight Planning oraz Mass and Balance. Mam nadzieję, że będzie to już mniej wymagająca nauka niż np. Meteo czy Nawigacja.

Trochę mi zeszło z nauką całego materiału. W sumie zacząłem się uczyć jakoś we wrześniu 2012 r. Miałem przerwę, bo po drodze musiałem obronić swoją pracę magisterską i nauczyć się do niej. Szczerze powiem, że tak długo już się uczę ciurkiem, że nie wiem za bardzo co zrobię z wolnym czasem. Zawsze sobie obiecywałem jeszcze na studiach, a teraz podczas nauki do ATPLa, że jak zakończę naukę, to normalnie z miesiąc będę imprezować i leżeć na kanapie oglądając wszystkie filmy i głupie seriale...ale zazwyczaj kończy się to na 2 dniach i zaczyna mi się nudzić.

Następnym krokiem lotniczym będzie przypomnienie sobie jak się latało IR, bo dawno tego nie robiłem. Najlepszym miejscem będzie jakiś fajny symulator, bo latać umiem, a wolę zaoszczędzić sporo kasy i polatać sobie trochę na simie, później usiąść z VATSIMem i równolegle robić to samo, powtarzać wszystko. Bo przecież jakbym teraz usiadł za sterami samolotu to mógłbym wykonać piękny manewr niczym z Denzel w filmie LOT :) tylko mniej kontrolowanie :p

btw. akrobacje to musi być wkrętka ! Wiecie może jak wygląda to cenowo w Polszy naszej kochanej?

pzdr

czwartek, 29 listopada 2012

Pospolite niechciejstwo

Dzisiaj mi się zwyczajnie nie chce. Pełny entuzjazmu, że dzisiaj zaczynam uczyć się Meteo, przyjechałem do pracy. Na wstępie posypał się plan....brak mleka...kawa musi być czarna. tfuj. Piję bo muszę, ale z chęcią zmieniłbym ten stan. Jednak, aby dopełnić nieszczęścia i niechciejstwa, zapomniałem dziś portfela, więc nie mogę kupić białego zabielacza, aby kawa była mała biała a nie mała czarna. No nic.

Nawet za bardzo mi się nie chce pisać...robię to, bo wiem, że nic innego mi się nie chce...ja chcę już jutro 15:50 :) albo najlepiej sobotę 12:00 - bo wtedy wzbijemy się w przestworza.... :)

Podobno pogoda ma być super extra własnie na weekend. Sucho, słonecznie i ogólnie prawie jak w Afryce, tylko zimno, ale komu by to przeszkadzało :D yeaaah!


sobota, 24 listopada 2012

Egzaminy ATPL(A) cz. 2

Jedna sesja. Wiele egzaminów. Niestety nie tylko same passy :/. Uczyłem się do 6 (sześciu) examów w tej sesji, czy raczej aby zdać je w tej sesji. Na szczęście kolejne podejścia są już na większym luzie. Wczoraj postanowiłem zdać General Navigation oraz Radio Navigation. Byłem pewny swojej wiedzy z zakresu Nawigacji Ogólnej, jednak wynik z testów próbnych na poziomie 75,009% do czegoś zobowiązuje :p można walić jak w dym. :) Nie byłem jednak przekonany co do Radio Nawigacji, miałem o tym jakieś pojęcie, ale czy to wystarcza? Potwierdzeniem mogłaby być rozmowa z Kasią:
- Kurcze, nie wiem czy wystarczająco dużo umiem z Radio Nawigacji- wtrąciłem w przeddzień egzaminu.
- yhm...- zasygnalizowała przetworzenie bodźca dźwiękowego podnosząc głowę z nad nowej białej książki kucharskiej.


I tak właśnie potwierdziłem co już wiedziałem. 



Na samym egzaminie byłem super spokojny. Przecież poprzedniego dnia rozmawiałem z Kubą K z forum, który powiedział, że on to w sumie się dziwi, jak ludzie jęczą że 120 minut ledwo wystarcza na zaliczenie GenNav, a on pchnął swój exam w ~55 minut.



Więc ja wchodzę na pewniaka. Pełny luz, kilka razy przeciągnąłem się i jadę z pytaniami. Stykam się ze standardem, czyli ok 10-15% pytań zupełnie nowych oraz reszta znana z wielu godzin spędzonych na aviationexams.com. Na luziku obliczam wszystko, choć powstają pewne problemy, kiedy porównuję czas który mi został z liczbą pytań do końca. Jestem przekonany, że ktoś specjalnie mi dobrał tak pytania, abym miał same obliczenia i zero pytań z teorii. Nie uwierzycie pewnie jak powiem, że z szybkości wykonywania zadań na poziomie low/medium wskoczyłem na ultra fast! 10 pytań w 5 minut. I nie to, że jakieś krótkie pytanka w stylu: ile czasu zajmie Ci pokonanie dystansu 200NM z prędkoscią 100kts? tylko pytania z obliczaniem True Altitude ze wszystkimi zmiennymi możliwymi do wzięcia pod uwagę.



Ostatnie dwa pytania chyba do połowy przeliczyłem, dodałem zdrowy rozsądek i wdusiłem lewy klawisz mokrej już od klikania myszy w odpowiedź "C". Przyznaję się, że nie wiedziałem czego się spodziewać. Obliczanie wyników trwało jakieś 10 sekund, które wg. Prawa Murphiego dla mnie trwały 10 minut na wstrzymanym oddechu....Egzamin zaliczony na 81,95%. Fajnie :) choć ledwo co. Czas już mi mrygał na czerwono...



Do Radio Nawigacji podszedłem już zupełnie wyluzowany, bo zjadłem Snicers'a. Pomyślałem, że skoro to ostatni dzień sesji, to mogę spróbować zaliczyć egzamin z wiedzą która dysponuję na ten moment. 

Niestety zetknąłem się z kilkoma pojęciami, których zupełnie nie kojarzyłem, więc czułem, że jestem skazany na niezal... Tak też się stało, choć wierzyłem w swoje szanse do samego końca. 


Następnym razem się poprawie! :)



Na koniec dnia spotkaliśmy się w LoLku na Polach Mokotowskich w kilka osób. W sumie zgromadziło się z 10 osób. Przesympatycznie było spotkać np Kamila Dusina, którego nie widziałem baaardzo dużo czasu, a dobrze mi się kojarzy z pobytem na moim pierwszym szkoleniu lotniczym w Benton. 

Jednak niesamowicie utkwiły mi w pamięci słowa Petera Lipińskiego: "wiesz, ja mogę latać dużo, bo ja na prawdę lubię latać." Kiedy słyszy się to z ust człowieka, który zęby zjadł na nie jednej maszynie i ma kilka tysięcy godzin, ma się pełne zaufanie, że w nim siedzi pasja pełną parą!

środa, 14 listopada 2012

egzaminy ATPL(A)

Pobudka. Kawa. iPad. Wszystko z czym miałem problem stanęło przed oczami. Taką funkcją dysponuje AE program. Nie ma litości. Zawsze lubię być pewny, że podchodząc do egzaminu umiem go na tyle dobrze, że zdanie jest czystą formalnością. Jednak stresik zawsze jest. Ostatnie podejście miałem kilka lat temu, zanim zaczęły się te wszystkie okoliczności odciągające mnie od nauki i lotnictwa. Nic to! Teraz spina na maxa.

-Dzień dobry, czy tutaj mogę się zarejestrować?- powiedziałem do miłego, uśmiechniętego grubaska w ULCu.
- Pan pierwszy raz? - odczytał z mojego czoła.
-No nie zupełnie, już kiedyś zdawałem, ale w innym budynku jeszcze - pomyślałem, że tak obejdę podchwytliwe pytanie.
-yHm.- przyjął - w takim razie na ścianie ma Pan regulamin, polecam też przeglądnąć wszystkie pytania w poszukiwaniu załączników, które będą potrzebne do odpowiedzenia na pytanie, bo później często brakuje czasu. My je wydrukujemy i będzie miał Pan materiały na biurku. Nie polecam ściągać bo od razu unieważnia się wszystkie testy. A co będzie Pan zdawał?
- Prawo między innymi...

no i tak dowiedziałem się wszystkiego czego mógłbym się dowiedzieć. Dostałem kluczyk, usiadłem na kanapie strachu, gdzie każdy obecny i przyszły pilot choc odrobinę czuje, że jego zbroja jest obsrana od góry do dołu. Szybkie przewertowanie pytań i z pulsującym biciem serca wszedłem do sali z komami.

Pierwsze Prawo. Trochę w myśleniu przeszkadzało mi bicie serca. Głęboki oddech i już lepiej. Stres jest na poziomie wyznaczonym przez Yerkesa-Dodsona, czyli optymalny i najbardziej skuteczny. Zaczynam klikać i pach. zdane. Za ciosem łatwa komunikacja IFR. pach - zdane. Później z rozpędu komunkacja VFR. zdane tak samo łatwo. Po ponad godzinie siedzenia w sali wyszedłem na chwilkę, zjeść coś i dostarczyć cukru mózgowi.

Ostatnie Systems/Powerplants/ Airframe: łatwy poza wszystkimi bateriami, rezystorami i prawem Ohma. Było więcej pytań z puli nigdy nie widzianych przeze mnie, ale jakoś sie udało.

4 examy zaliczone. Teraz powrót do nauki. Za tydzień General Navigation, Radio Navigation i może coś jeszcze jak się uda. :)

czwartek, 8 listopada 2012

Nostryfikacja FAA cz. 1

Tak, dzisiaj zacznę pisać dokładnie jak wygląda nostryfikacja licencji, które zdobyłem w USA.

Na początku tej drogi może wydawać się to bardzo skomplikowane. Teraz, gdy już wszystko wiem, też wydaje się to być skomplikowanym. Tytułem wstępu (w sumie to nie za bardzo wiem dlaczego się tak pisze) chciałbym powiedzieć o teorii całego procesu.

Posiadając licencje CPL IR ME, należy w Polszy naszej kochanej (jeśli chcemy robić to w PL) najpierw stoczyć batelię z teoretyczną częścią potwora. Jest to w sumie taki trochę mały, kulkowaty, włochaty stwór który jest nawet przyjemny, bo wykłady są ciekawe, wiedza sama w sobie, gdy się jej słucha, tez jest ciekawa. Oczywiście słuchanie i notowanie to jedno a zdawanie egzaminów to drugie. Należy w PL pokryć całą wiedzę licencji zdobytych w innym kraju. Czyli CPL IR. z tego co wiem, to nie ma examów do Muliti. Szczerze mówiąc, to nawet za bardzo się tym nie interesowałem, bo cały materiał mieści się w teorii do ATPL(A).
Po kursie albo najlepiej w trakcie, należy ryć oporowo. Wryć do głowy wszystko co potrzebne do zdania examinu. Pójść, zdać i cieszyć się, że można od tej pory znowu pić i bawić się samolocikami :)

Ja miałem dość specyficzną sytuację i dlatego opiszę ją tutaj dla potomnych :) Examin ATPL ma pewne obostrzenia. Należy w 4 sittings (chyba posiedzenia)  zaliczyć dany przedmiot. Można podejść do 6 sesji max, trzeba mieć 75% wynik oraz nie można przekroczyć 18 miesięcy od pierwszej sesji. Dość proste. Mi się jednak zdarzyło, że podszedłem do jednej sesji w której nie zaliczyłem jednego przedmiotu jednym procentem i wyleciałem na dłuuuugo z Polski. Skutek? Przekroczenie limitu 18 miesięcy. No i tutaj zaczyna się wolna amerykanka w której jesli nie pomyślisz to zapłacisz.

Dowiedziałem się, że jeśli mam niezaliczoną sesję muszę się przeszkolic czy raczej doszkolić z zakresu... no właśnie, tutaj przepisy nie mówią dokładnie z czego. Pani w ULC powiedziała najpierw, że ze wszystkiego. Po mojej ostrej reakcji kolega powiedział Pani przez telefon, że tylko z tego co nie zaliczyłem. GoldWings chciało zerżnąć ze mnie kasę i policzyli mi jakąś horendalną sumę 150zł za godzinę doszkolenia, no ale oczywiście wg. nich musiałem doszkolić się ze wszystkiego. Ventum Air podszedł do tematu trochę łagodniej, ale też chcieli naładować sobie na mnie kasę i po wizycie dowiedziałem się, że najpierw muszę zdać wew. egzamin, wszystko co zalicze poniżej 75% muszę powtórzyć/doszkolić się...4 godziny ground schoola kosztują 500zł, wniosek do ULC, o indywidualnym trybie nauczania 700zł!!! (to juz jest naciąganie na maxa). Wszędzie można powiedzieć, że chcieli sobie na mnie nabić kieszeń.!
Postanowiłem, że w końcu przestanę słuchać wszystkich dookoła i przeczytam JARy sam. Okazało się, że przepisy nie mówią nic o tym jak ma wyglądać doszkolenie i z jakiego ma to być zakresu. NIC nie ma napisane o egzaminach wewnętrznych, o tym, że np doszkolenie jest regulowane przez szkołę. Zwyczajnie nic. Może oczywiście istnieje inny przepis, który mówi inaczej, ale oparłem się o źródło dzięki podpowiedzi dobrego człowieka Łukasza D.
Z taką informacją zadzwoniłem do osrodka w którym robiłem swoje szkolenie ATPL(A) i przeszkoliłem się w ciągu 10 dni, za 250zł. Wszystko pięknie, zgodne z przepisami, bez chęci nabijania w butelkę.

Pytanie zasadnicze: gdzie pójdzie klient, który chce wydać 15 tyś złotych na nostryfikacje? Tam, gdzie nie chcieli mnie oszukać....

Tym samym zapisałem się na sesję egzaminacyjną w ULC :)

Później napiszę o wznawianiu się i licencji :)

wtorek, 30 października 2012

Dziwne zjawiska

Witam wszystkich fellow Pilots :)

Przyszedł do mnie ostatnio znajomy, który wciąż męczył mnie, abym obejrzał jakiś filmik o Billym Meierze. Nie wiem dlaczego ale kiedy słyszę słow UFO to mnie od razu odrzuca i traktuję rozmówcę stereotypowo i z bardzo dużą rezerwą. Nie mniej jednak jakoś tak wyszło, że kilka dni temu obejrzałem w towarzystwie moich przyjaciół film, który miał jedno przesłanie. Jest dużo dowodów na ziemi, które nie pozwalają nam wykluczać, że jest we wszechświecie jakaś inna forma życia. W to akurat zupełnie wierzę, bo przecież biorąc pod uwagę tylko statystykę, to niemożliwe, aby pośród miliardów planet we wszechświecie nie było życia. 

Usłyszałem, kiedyś bardzo ciekawe obrazowe przedstawienie ogromu wszechświata. Wystarczy sobie wyobrazić, ilość ziarenek piasku kiedy nabierzemy go w dwie dłonie. Jest tam kilka milionów ziarenek. Dużo...co? To planet we wszechświecie jest więcej niż ziarenek piasku na całej kuli ziemskiej....tego się już nie da wyobrazić, prawda? Nie wierzę, że nie ma drugiej takiej planety jak nasza, albo takiej na której nie potrzeba tlenu i wszystkiego tego co jest nam niezbędne do życia. 

Chciałbym więc poprosić Was pilotów o pomoc w obalenie teorii o wizytach jakichś form życia z poza naszego układu słonecznego. Powiedzcie mi co Waszym zdaniem wprawia w ruch tą rzecz która jest widoczna na filmie: 

Jestem szalenie ciekaw Waszego zdania. Każdy/a z Was wznosi się w powietrze. Każdy/a z Was jednak kocha być bliżej nieba niż ziemii. Jakieś pomysły?

piątek, 26 października 2012

Cholerna nauka

Chryste! Ile tego jest! Wciąż uczę się do ATPLa. Przerywane było to nauką do obrony pracy magisterskiej. Nie wiem jak Wy macie jak się czegoś uczycie, ale dla mnie perspektywa tego co mogę osiągnąć jak już się tego nauczę jest super motywująca. 

Nigdy nie miałem aż takiego styku z geometrią czy fizyką, a tutaj ponownie spotykam się z tymi zagadnieniami. Kiedyś jak byłem dzieciakiem marzącym o lataniu na Fighterach, usłyszałem że aby zostać pilotem trzeba być super orłem z matmy, fizyki i bóg wie czego jeszscze. Ja nie byłem jakoś super dobry z przedmiotów ścisłych, więc jakoś wewnętrznie opadła ze mnie motywacja dzieciaka, a później nastolatka aby kontynuować temat. Na szczęście okazuje się, że da się wszystkiego nauczyć. Mimo, że jest cieżko i czasami nie rozumiem nic, testy próbne zaliczam na poniżej 75% to brnę bo wiem, że to jest zajawka!!

Niedługo polatam sobie z Piotrkiem Lipińskim! To jest dopiero fun. O Piotrku słyszałem już jak decydowałem się na pierwsze kroki w aviacji. Mój wyjazd do Benton kilka lat temu okazał się powtórzeniem jego decyzji. Takich ludzi powinno być więcej jak on. Jest wiecznie zajarany i uśmiechnięty kiedy siedzi w samolocie. To tak jakby Keith Richards był na wysięgnięcie ręki młodego nieopierzonego zajarańca gry na gitarze. Tak więc na dniach zrobimy sobie BFR czyli Biannual Flight Review, czyli pierwszy krok praktyczny ku nostryfikacji licencji amerykańskich na JAA :)

fly your dream!!!

czwartek, 6 września 2012

Powrót!


Po bardzo długiej przerwie wracam do świata awiacji. Mój brak aktywności wiązał się z różnymi prywatnymi sprawami. Teraz rozumiem, jak mówi się, że do licencji dochodzi się przez kilka lat. Jest to tak bardzo angażujący czas, że nie może być w tym momencie nic innego „na głowie”, aby myśleć o szybkim sukcesie i zdanych examinach.
Po zakończonym treningu instruktorskim w USA, wziąłem się za naukę ATPLa dopiero 2 miesiące temu. Przyznaje szczerze, że jest to ciężki czas. Nie ma na nic czasu, wszystko jest podporządkowane nauce. Nawet pracę sobie znalazłem taką, aby móc się uczyć (pracuję może 10% czasu pracy, resztę spędzam przed aviationexam.com). W momentach, gdy brakuje mi motywacji, czytam bloga Allovera, oglądam filmy z lotów, słucham ATC i wszystko co tylko mi się kojarzy z przyjemnym i porównywalnym do narkotyku lataniem. Ostatnio wraz ze znajomą zastanawiamy się jak bardzo takie odizolowanie od życia społecznego sprawi, że będziemy niczym Tarzan w mieście. Ja już kilka tygodni temu miałem problem z nawiązaniem normalnej rozmowy z ludźmi z którymi miałem iść na imprezę, bo w głowie miałem tylko takie słowa jak: „sinus trzystopniowej ścieżki schodzenia …” „track guidance ILS jest przechwytywany na wysokości….” W myślach nawet nie miałem estetycznego problemu z używaniem Ponglish. Gorzej było jak musiałem zamienić kilka zdań z ludźmi…Dobrze się złożyło, że sami nawiązali do lotnictwa bo ułatwiło nam to zapoznanie się :P
Ciekaw jestem czy każdy kto choć raz latał i zaraził się awiacją, patrzy w niebo za każdym razem jak słyszy dźwięk silnika samolotu? Właśnie za oknem przelatuje helikopter…wyobraźcie sobie jak wyglądam kiedy w cichym biurze, zrywam się z fotela aby spojrzeć na przelatującą maszynę…freak! A mi to pasuje J
Wracam do nauki 



Praca biurowa

Nigdy w życiu nie pracowałem w biurze. Kojarzy mi się taka praca z nudą, gorącem bijącym z peerelowskich grzejników albo zapoconymi ludźmi z którymi się współpracuje. Trafiłem ostatnio do firmy, której nazwy dla własnego i Waszego bezpieczeństwa wymieniać nie będę. Przyznaję szczerze, że jest to dla mnie hard-kore (tak, tak, przez K, bo inaczej tego się nie da wyrazić).

Przychodzę codziennie do pracy ( już od 3 dni), gdzie moim jedynym zajęciem jest przepisanie bazgrołów szefa do kompa, aby wysłać maila. Poza tym nic zupełnie nie robię. NIC!!! tak więc, w takich przypadkach zaczynam się uczyć. NIe rozumiem jak ludzie mogą siedzieć non stop na głupim kwejku, cracked, widelcu czy innym badziewiu.


środa, 14 września 2011

Autostopem przez galaktykę! :D








Dzisiaj postanowiłem zrobić sobie odpoczynek od wszystkich i wszystkiego a przede wszystkim od małego zaplutego miasteczka Sant Antoni de Portmany. Postanowiłem wybrać się na małego tripa do Eivissa. Nie wiedziałem po co, jak i dlaczego tam jadę, ale po prostu poczułem, ze mam ochotę tam pojechać. Dzielnie stanąłem na wyjazdówce z miasta aby złapać jakiegoś stopa, bo przecież możliwość zaoszczędzenia 1.95e oraz przygoda w spotakniu nowego człowieka jest najlepsza. Moje rozważania o złapaniu stopa dość szybko zostały rozwiane. Po raz kolejny doświadczyłem prostactwa i nizin społecznych Brytoli. W pierwszych 10 minutach ujrzałem dwa razy międzynarodowy gest pojednawczy, czyli proste „FUCK YOU”, a w następnych kilkunasty minutach jakbym dobrze łapał to może udałoby mi się zjeść rzuconego we mnie chipsa czy nachosa...sam nie wiem, oceńcie sami :p naprawdę nabieram coraz większej pogardy dla tego narodu pracując tutaj na wyspach. Dla mnie to są świnie, prostaki z większą ilością kasy niż przeciętny Polak, z mózgiem i zachowaniem porównywalnym do rozpaćkanego gówna na ulicy.

No nic, ruszyłem na Busa, skorzystałem na tym, bo rozkminiłem kilka rzeczy w swoim życiu i pospałem sobie z 15 minut, to jest zawsze komfort płacenia za podróż...można robić co się chce.

W mieście szedłem sobie zupełnie na przysłowiową pałę. Widziałem jak wielka Balearia (prom) cumuje do portu...No powiem, że nie spodziewałem się, że widok wielu ton stali odnosi takie wrażenie jak płynie na ciebie i zatrzymuje się dosłownie metr od Ciebie wielka ściana żelastwa!! Potęga!! Później dotarłem pod kafejkę w której spędziłem z Danielem i Pawłem pierwsze dni szukając mieszkania (BIstro Ibiza). Pomyśleć, że było to ponad 4 miesiące temu,.. to jest dopiero fascynujące jak stąpa się ścieżkami którymi wcześniej się chodziło, tyle tylko że teraz z zupełnie inną świadomością.

Później odkryłem wiele ładnych kawiarenek i przejść między ściśniętymi budynkami. Niesamowicie wygląda taka zabudowa, z oknami i drzwiami pootwieranymi jakby zapraszały do środka, ale jakoś czuje się, że kilka frędzli wiszących w drzwiach stanowi barierę, której nie powinno się przekraczać nieproszonym.

Gdy już plecak zaczął zbytnio ciążyć, postanowiłem użyć jego zawartość :) wszedłem do najbliższej kawiarenki i otworzyłem tego laptopa. Popsuł mi się jakiś czas temu czytnik książek i muszę taszczyć lapka ze sobą jak chcę poczytać jakś książkę, a na moje nieszczęście, teraz dorwałem tak ciekawą książke, że umieram czytając ją. Właśnie w tej kawiarence przy kanapce ze świeżym pomidorem, sałatą, serem i wędliną dokończyłem pozostałe elektroniczne strony...Polecam cykl Malowany Człowiek...Bardzo dobra książka.

Już od jakiegoś czasu czuję home sickness i nawet taka plaża nie jest wstanie zrekompensować strasznej ochotę wrócić do Polski, do Wawki. Męczy mnie też małe miasteczko jakim jest San An. Nie lubię takich maleństw. Przeszkadzają mi bo nie ma tam zazwyczaj co robić. Ok muszę przyznać, że akurat to miasto jest o tyle dobre, bo jest plaża, ale i tak powiem szczerze, że wolę duże miasta, może właśnie dlatego wybrałem się do Eivissa Town. Ja już odliczam dni do momentu opuszczenia tej wyspy. Zarobie wystarczająco aby opłacić mieszkanie na kilka miesięcy oraz studia, to mi wystarczy. Za jedzenie płacić prawie nie będę musiał....Oby tylko wrócić na uczelnię i mieć gdzie mieszkać :)

A no i kilka dni temu odwiedziłem z Danielem Mary Hę! Muszę przyznać, że to fajna opcja spotkać się tak na godzinkę. Wpadasz, wymieniasz poglądy, nowinki i zawijasz się. Dzięki temu nie trzeba specjalnie się umawiać na długie spotkania które pochłaniają wiele godzin i można spotkać się w każdej chwili z każdym :) Podoba mi się taka wersja :)


A wczoraj to dopiero była Biba w pracy :) zero ludzi ale za to uwolniliśmy z Danielem nasze Hipisowskie wnętrza. Każdy z nas stanął na DJce i pocisnął tłum. Tiesto to cienias przy tym co wyczynialiśmy z ludzkimi głowami. :D :D :D 

  

Angole i Skutasy

Chciałem ostatnio opowiedzieć jak pracuje się z Angolami. To jest dość nietypowe społeczeństwo. Teraz dopiero ich bardziej poznałem, Ich tok rozumowania i zachowania. Jest to niby społeczeństwo wysoko rozwinięte. Mają dość pokaźną historię i tak dalej. Jednak gdy obcuje się z nimi na co dzień to jest dość dziwnie. Przykładowy Angol na Ibizie to prostak i wieprz jakich mało. Wciąż trzymają ręce w gaciach i wciąż drą japy. Przyszło mi obsługiwać wielu baranów, ale powiem, że takich jest mało.
Wyobraźcie sobie, że wystarczy, że taki człowiek z tej wyspy mieszka 150 km dalej niż inny i już akcent jest tak inny, że nie da się go zrozumieć. Mam problemy kiedy pytają mnie o podstawowe rzeczy, czyli ile kosztuje wódka z colą....a pytanie to słyszałem miliony razy, więc powinienem już jak automat rozpoznawać słowa. Jednak durny Szkot czy Irol nie pomyśli sobie, że ich akcentu to już za chuja nie da się zrozumieć. To taki imbecyl nie powie tego normalnie starając się dobrze to wymawiać, tylko ciśnie po swojemu i frustruje wszystkich dookoła. Są strasznymi ignorantami. Nie zastanawiają się nad niczym. Po prostu robią, co mnie bardzo denerwuje. Jest chyba tak, że uważają się za jakąś potęgę światową, a jak przychodzi co do czego to okazuje się, że prostym debilem jest co poniektóry.
Mieszkam na Ibizie już ponad 4 miesiące i nie mam żadnych znajomych brytoli. Oni jak to powiedział Trysiek (z USA) trzymają się tak mocno w swoim kręgu, że niemożliwym jest dotrzeć do nich i bawić się razem z nimi albo chociaż spędzać razem czas. W pracy w Kanya miałem chyba jednego ziomka który tak w sumie był trochę bardziej gadatliwy, ale nie wiem czy nie miał ADHD i po prostu musiał i chciał gadać ze wszystkimi dookoła :p. No ale niezależnie co miał, był spoko (pozdro dla Arona, który pewnie nigdy tego nie przeczyta, ale ważne że poszło w „eter”)

Dobra teraz kilka słów o Patryku........Gość jest wyjebany jak bombka :p Nie wiem dlaczego ale normalnie coś takiego wkurwiałoby mnie niemiłosiernie (zero ogarnięcia tego co się wkoło niego dzieje-DOSŁOWNIE) ale jakoś robi to tak nietoksycznie, że mi to nie przeszkadzało wcale. Śmieszny jegomość po prostu. Wciąż się drapie po czuprynie i patrzy gdzieś w świat myśląc nad swoim nadchodzącym życiem i problemami. Może rozumiem go bo ja tez miałem i mam takie przemyślenia które sprawiają, że mi się nie chce mówić i myśleć o niczym innym poza tym co mam w głowie. Na pewno zawitam do Torunia po powrocie do PL. To jest właśnie fajne w poznawaniu ludzi na wyjazdach. Poznajesz ich z całej Polski i później można się odwiedzać i spędzać czas nie w tym samym mieście non stop :)


No i ostatnia rzecz, czyli wycieczunia skutasem!! No powiem Wam wszystkim, że jednoślady to jest najpiękniejsza opcja do podróżowania. Wynajęlismy z Danielem skuter strzałę, rakietę. 125 cc oraz spora kanapa. Pojechaliśmy sobie na Targ hipisowski do es Canar koło Santa Eularia. Niestety targ jest mocno przereklamowany. Jest trochę rzeczy, ale to takie typowe turystyczne śmieci. Znalazłem jedne spodnie warte uwagi, ale kosztowały skubane 20e, więc mogę spokojnie takie znaleźć w PL za mniejszą cenę. Później cisnęliśmy na pałę po całej wyspie :D to było to jak wiatr owiewał za duży kask, jak wysychało się na skuterze po kąpieli w turkusowej plaży tak małej że może pomieścić się może ze 40 osób. No i niesamowitą opcja jest pomarańczarnia do której zawitaliśmy już 2 raz. Za 1euro można kupić kilogram pomarańczy zerwanych świeżo z drzewa, a do tego można sobie zrobić z nich sok, który jest wyciskany na oczach śliniącego się przyjezdnego. To muszę przyznać był najlepszy sok jaki piłem w życiu. Nic już nie będzie takie same po tym jak wypiłem ten sok :)

Dlatego też wiem, że jak wrócę to prawko motocyklowe będzie robione, a jak nie prawko to chociąż skutasa sobie kupię jakiejś pierwszej klasy, bo naprawdę to jest zajebista sprawa. Poruszać się skuterem to jest jedna z lepszych opcji. Szkoda tylko, że skuter w Polsce jest jak każdy jednoślad mało praktyczny, bo pogoda jest dość kiepska. Nie to co w Hiszpanii gdzie deszcz raczej nie pada częściej niż 5 razy w ciągu miesięcy letnich....

niedziela, 4 września 2011

Ibiza Rocks

Od kilku dni pracuję w Ibiza Rocks a rzutem na taśmę udało mi się też wciągnąć tam Daniela. Miejsce jest niesamowite, bo działa jak Polskie bary. To są drobiazgi ale sprawiają, że człowiekowi chce się tam pracować. Po pierwsze ze wszystkimi się fajnie pracuje, zazwyczaj są to ludzie w moim wieku, każdy się uśmiecha, a nie jak w Kanya, gdzie nikt nigdy się nie uśmiechał. Tipy są wypłacane codziennie, pensja wypłacana jest co tydzień. Jest dzień wolny raz w tygodniu, pracuje się mniej więcej po 7-9 godzin. Wczoraj jak szedłem do pracy to się cieszyłem po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Za każdym razem jak dostawaliśmy z Danielem pracę to jedyna motywacja to była kasa i w jednym ze śmietników to, że razem pracujemy. A tutaj nie dość, że razem to jeszcze miejsce zajebiste, muza zajebista, robi się cocktaile a nie tylko „wóda z Kolo” klienci są fajni, w połowie naćpani więc śmiesznie się z nimi gada i na nich patrzy.

Wczoraj np. jakieś dziewczyny koniecznie chciały napisać na moim przedramieniu, że mnie kochają (śmieszne, że dzisiaj już pewnie nie pamiętają gdzie były poprzedniej nocy). Nie wspomnieć ile kasy zarobiłem za każde zdjęcie które robi się ze mną :) No mi się podoba, jeszcze raz to powtórzę.


W mój dzień wolny postanowiliśmy się wybrać do Privilage na SuperMartxe. Taka impreza show. Gdzie dzieje się istny cyrk. Wybraliśmy sie tam z Mary Ha i Patrykiem, kupiliśmy sobie dwie butle whisky i mocno zakropieni pojechaliśmy. Wejście za darmo, bo wpisany został kiedyś tam Patryk na listę i miał możliwość wprowadzić 4 osoby. Dotarliśmy tam przed 1 w nocy. O 3 w nocy wracałem z Patrykiem i jakimiś szwajcarami taksówką, bo lista była wirtualna i nikt nikogo nie wpisywał!!! No więc się wziąłem i wkurwiłem. Bo zmarnowałem kasę na alkohol, zmarnowałem kasę na taxę, czas gdy stałem pod wejściem i czekałem aż Mary Ha może urobi ochroniarzy...masakra.


Następny dzień był jakąś masakrą. Niby miałem kacucha, ale nie był taki zniewalający...do 1 w nocy w pracy....Później dał o sobie znać bardziej niż się spodziewałem. No męczyłem się jak nigdy :) Ale to jest właśnie niesamowite. Wystarczy jeden dzień być takim zjebańcem aby docenić czym jest następny dzień po wyspaniu się :) zdrowym śniadanku i dobrym dniu :) Dzisiaj będzie full energy :)

Aha i jakaś dziewczyna wczoraj zaproponowała mi sex :) no nic. Tak jak w każdej z takich sytuacji powtórzę: "zapewne po 2 godzinach nie pamiętała gdzie była, taki skutek dragów :) "

Teraz na plażunię opalać się bo za tydzień ma już być tylko i wyłącznie deszcz :/ :)))))) ale fajnie, w końcu deszcz i może długie spodnie założe od 3 miesięcy w dzień :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Ibiza: praca po raz kolejny wyznacznikiem tego co piszę...

Czym ta wyspa jest dla mnie? Jest niesamowitym czasem. Pracuję tutaj, bawię się, poznaje nowe osoby, zaciskają się więzi z nimi. Jednocześnie coraz bardziej robię wgląd w siebie i zastanawiam się nad swoim życiem.

Przedwczoraj opuściła nas Ula, poleciała do PL na miesiąc aby później polecieć do Grenady na praktyki. Fajna z Ciebie osoba Świeżyzna! Trzeba Ci to przyznać. Dobrze mi się z Tobą przebywało. Właśnie dla takich znajomości jak z Ulą, Danielem, Popkiem i rzutem na taśmę Zebrą chce się żyć. To są właśnie jednostki które sprawiają, że miło się wstaje i miło się nawet na kacu spędza czas. Kiedyś miałem takich bliskich i to jest najwspanialsze uczucie kiedy wiesz, że nawet najgorszy stan kaca jest przyjemny bo zdycha się razem. Każdy chyba potrzebuje kogoś takiego. Ja tego tutaj doświadczyłem. Zastanawiam się właśnie jak to będzie w przyszłości. Miałem kilka takich sytuacji gdzie znajomość była taka wielka i wspaniała, a dwa miesiące sprawiły, że zupełnie się rozpadła. Miejsce w którym znajomość się toczyła sprawiało, że zupełnie inaczej się ją postrzegało i inaczej doświadczało. To właśnie może być jeden z powodów dla których nie koniecznie to musi przetrwać. Zastanawiam się nad tym, bo nie chciałbym stracić takiej znajomości...

Praca? No jest! Jest nudna poza momentami kiedy nie jest nudna. Niestety praca codziennie po 9-10 godzin nie należy do najfajniejszych ale za to dinero wpadnie i nie będzie problemu później z opłaceniem sobie mieszkania albo szkoły. Spotkałem wczoraj dziewczynę która chce się dostać do nas do pracy. Jest Niemką i mam poczucie, że jest mi bliższa kulturowo niż Hiszpanie. Razem zastanawialiśmy się dlaczego oni tak eksploatują pracowników. Dlaczego każą pracować codziennie po tyle godzin skoro można by zatrudnić jedną osobę dodatkowo aby była w okienko dnia wolnego osoby której akurat nie ma. Wszyscy byliby zadowoleni bo więcej miejsc pracy by się zrobiło, pracownicy byliby zadowoleni i klient też, bo nie obcuje z wiecznie zmęczonym/niezadowolonym pracownikiem. Wiele rzeczy tutaj jest na opak.

Wczoraj Pepe (szef) podczas zapierdolu podchodzi do mnie i pokazuje mi brudną szklankę którą zdjął z półki i pyta się dlaczego ona jest brudna. Więc ja już na lekkim wkurwie wzruszyłem ramionami sygnalizując, że nie wiem. Więc jak zaczął mnie się bardziej dopytywać i oskarżać, że nie myje ich to się wziąłem i wkurwiłem normalnie. Powiedziałem mu aby zmienił najpierw gównianą zmywarkę która nie zmywa i że jak jest zapieprz to nie będę patrzył na każdą szklankę która wkładam do zmywarki czy się domyje. Grunt że gość takiego syfu nigdy ode mnie nie dostaje, po prostu odkładam ją na bok i gitara. Tak więc reasumując szef to pała która nie ma pojęcia o tym jak się pracuje w dużym ruchu i co jest ważne a co nie. Przecież nie będę pucował szkła ściereczką jak przy barze stoi 20 klientów a ja jestem sam za barem. ! No bo się wkurzyłem normalnie :)

Hahaha. Znów zwolnili mnie z pracy :p Co za debile!!! Powiedzieli mi, że to wynika z tego, że nie ma ludzi i jest mały ruch, ale ja doskonale wiem, że im nie podpasowałem. Ja po prostu nie znosiłem tego kiedy musiałem robić coś jak nic nie było do roboty... Kiedy już bar jest posprzątany dwa razy to po kiego chuja mam latać ze szmatą i czyścić albo udawać, że coś czyszczę. Dlatego właśnie często widzieli mnie z komórką, bo nic nie było do roboty. Kiedy był zapierdol to ja zapierdalałem. Ja po prostu potrzebuję dużego pobudzenia w pracy aby być zadowolonym, więc jeśli jest na pół gwizdka to się nudzę i nie czerpię przyjemości z pracy. Może właśnie dlatego lotnictwo mnie tak pociąga, bo wymaga ciągłego skupienia, nie ma momentu gdzie (nie na autopilocie) nie trzeba pracować głową, a nawet na AP trzeba zajmować się wieloma rzeczami. Nie znoszę kiedy się nic nie robi i wychodzi ze mnie wtedy frustracja. Dlatego właśnie w pracy często byłem mało uśmiechnięty, bo chuj się robiło. Tak to jest na całej Ibizie. Z zasady tutaj się nic nie robi. Hiszpanie to jebane lenie (oczywiście znajdzie się wyjątek). Nie wymagają od siebie a wymagają od innych. Ile to razy widziałem jak jebany manager dawał sobie jakieś luzy a mi zabraniał wielu rzeczy które w danym momencie sam robił. Zdaję sobie sprawę, że „co wolno wojewodzie to nie wolno Tobie – smrodzie” ale jednocześnie choć odrobinę samokrytyki albo braku hipokryzji. Bardzo mnie męczyły kolejne dni w tej pracy. Dlatego z jednej strony czuję smród przy gaciach, że nie pójdę na studia ale z drugiej strony wiem, że pracy jest tak dużo, że szok w trampkach, więc nie ma problemu. Zarobiłem tam całkiem sporo bo jakieś 1600e więc gitara.

W końcu złapię jeden dzień wolnego. Naprawdę czekałem na niego już jakiś czas. :) Pracowałem prawie miesiąc bez przerwy. Człowiekowi się odechciewa żyć wtedy. Nie rozumiem polityki HR na Ibizie. Po co robić tak, że męczysz pracownika non stop przez kilka miesięcy albo nawet przez jeden miesiąc? Przecież mogliby spokojnie zatrudnić kogoś jeszcze i wtedy każdy miałby dzień wolny tak strasznie potrzebny do tego aby zregenerować siły witalne. Nie rozumiem tego, jak pracując codziennie po 9-10 godzin nie można mieć przerwy, nie rozumiem jak nie mając przerwy i pracując tak długo nie można sobie nawet przycupnąć na jebanej lodówce....Jak tak można? Przecież to zostawia z człowieka ścierkę a nie pracownika....Nie rozumiem tego!!! Ibiza jest fajna pod względem doświadczenia i niektórych ludzi, ale przyznaję, że to co się dzieje na rynku pracy to masakra. Pracodawcy tutaj są w większości kutasami i mają w dupie pracownika. Nie traktują pracownika z szacunkiem, bo wiedzą że i tak za miesiąc go nie będzie a za rok będzie inny, a jak mu się podobało to jak było z takim traktowaniem, to dobrze bo mają wyszkoloną małpę do pracy na następny rok, która się nie będzie stawiała....taki mam ogląd tego jak wygląda praca w Hiszpanii a dokładniej na Ibizie. Muszę zapytać się Julki jak to jest z pracą w Madrycie.


Na szczęście teraz jest tak dużo pracy, że nie muszę się martwić. Wszyscy dookoła mówią mi, że pracy jest tak dużo, że szok. Dlatego dzisiaj zrobię sobie dzień wolnego, zrobię swoją Cvkę zarówno barmańsko-kelnerską jak i lotniczą i wyślę Adamowi :) to będzie dopiero akcja jak dostanę pracę od razu jako pilot :) To o co najbardziej się bałem w tej sytuacji to to, że licencja będzie największym problemem, a ponoć nie jest :)))))) No więc gitara. Teraz skupię się na tym. Pójdę do Daniela do roboty, posiedzę tam cały dzień i wszystko napiszę i zrobię. Będę miał dostęp do świata zewnętrznego poprzez net i wszystko w końcu napiszę :)

sobota, 2 lipca 2011

Ibiza: nuda w pracy

Jak to jest pracowac na Ibizie? Zalezy gdzie sie pracuje. W Bull Barze pracue sie dlugo i jest mega nudno. Nie ma turystow, podobno rok temu o tej samej porze roku bylo juz tak nawalone ludzmi ze zapieprzalo sie niesamowicie. Wczoraj chyba nic nie zrobilem albo podalem ze 3 rzeczy. Mniej wiecej caly ruch skupil sie miedzy godzina 12 a 15, pozniej juz tylko byly jakies pojedyncze osoby.

Tak wiec jade do pracy aby siedziec na dupie a jak jest manager to stoje i patrze sie na wode i ludzi na plazy...nie tak sobie wyobrazalem prace na Ibizie, no ale czesto jest tak ze wyobrazenia rozmijaja sie z rzeczywistoscia. Dobre jest to ze zarabiam. Co do tego nie ma watpliwosci. Malo bo malo ale zawsze cos. Dostaje 1000euro miesiecznie plus napiwki, tych ostatnich jest malo bo ludzi nie ma, wiec zgarnalem przez 5 dni pracy 41e. Jednak patrzac na to moge sie domyslec ze jak beda ludzie to i dinero wpadnie. Na obecna chwile mam plan przepracowac tam tyle aby sie odbic finansowo. Jak tylko zacznie sie ruch (miejmy nadzieje ze sie zacznie kiedys) zaczne szukac pracy gdzies indziej. Ludzie pracujacy tutaj zaczynaja sie wykruszac. Praca jest za ciezka albo jej wcale nie ma. Pawel i Radek nie moga znalezc pracy wiec dla nich najblizszy tydzien jest decydujacy. Nie chce im zle zyczyc ale uwazam ze moga miec problemy...

Dla mnie tez praca przez 12h dziennie mija die troche z celem. Nie zarabiam az takich kokosow aby to bylo warte mojego czasu. Na pewno zostane tutaj do konca, bo generalnie wyspa jest ciekawa i jeszcze chcialem troche pozwiedzac, moze stad polece sobie do Barcelony w drodze powrotnej, zobacze inne miasto.

Tak wiec jest ok, bo kasa leci, nie jest ok bo Ibizaa chyba nie jest w tym roku soba. Kryzys w UK ponoc jest najwiekszy ok 15 lat. A tutaj glownie brytole przybywaja. Ciesze sie bo jem dobrze za darmoszke. Gadam z ludkami z pracy i nie narzekam.

Ciekaw jestem czy Erika jeszcze wpadnie. W sumie to teraz jest to jedna z kilku rzeczy jakie trzymaja mnie na miejscu. Brakuje mi tych wycieczek samochodowych, zwiedzanie i ogladanie nowych miejsc.

Nom to tyle.



posted from Bloggeroid

wtorek, 28 czerwca 2011

Nowa praca i wypadek

Praca. Po krotkim pobycie Eriki i Katherine zacząłem szukać pracy. Miałem kilka dni gdzie czułem ze mi sie nie chce jak nigdy, więc az tak dużo nie robiłem, ale nadszedł jeden dzień, gdzie wraz w Rakiem ruszyliśmy w miasto. Godzina 1 rano byla idealna :) znalazłem pracę w jeszcze bardziej oddalonym od mojego miejsca zamieszkania, punkcie. Port de Torrent. Knajpki nazywa sie Bull Bar. Jestem tam zarówno kelnerem jak i barmanem. Nie jest to praca o jakiej marzyłem ale teraz będę robił gdziekolwiek. Pracuje po 12h codziennie. Trochę boli brak dnia wolnego, ale biorąc pod uwagę ze miał miesiac wolnego, nie narzekam. Atmosfera w odroznieniu od poprzedniego śmietnika jest wspaniała. Kaweczka z super expresu, dwa zajebiste posiłki w ciągu dnia i rozmowa z szefem kuchni. Mike ma ok 50 lat, jest z Rumunii z Transylwanii. Niesamowicie mi sie z nim speda czas wolny którego na razie mam dużo, bo nie ma klientów. Rozmawiamy o jego kraju, moim kraju, komunizmie, Draculi, filozofii, psychologii i wszystkim co sie naiwnie. Polubilismy sie tak bardzo, ze juz pierwszego dnia powiedział ze zaprasza mnie do siebie w okresie zimowym abym mieszkał i jadł w jego domu za darmo. Pokaże mi każde miejsce:)

BTW jechalem dzisiaj do pracy i na przystanku autobusowym był mały wypadek. Mój bus potrącił dziewczynę. Po raz pierwszy Widzialem cos takiego. Wyleciała dość pokaźnie w powietrze. Trochę jej leciało krwi gdzieś z włosów na głowie. Mysle że trochę będzie poobijana, ale nic poważnego sie jej nie stało. Autobus zatrzymał sie na 45 minut więc o tyle dłużej sobie posiedziałem na tej części ciała której ostatnio bardzo mało używam-dupie!

posted from Bloggeroid

niedziela, 19 czerwca 2011

Ibiza: praca i po pracy



Kilka dni temu wyrzucili mnie z pracy. Nie ukrywam, że jest tutaj po części moja zasługa. Praca jaką miałem cechowała się wyjątkowo wielką abstrakcją i głupotą managera i jego przydupasa kelnerko-barmanki. Pracowałem tam razem z Danielem, który teraz tam został. Razem rwaliśmy włosy z głowy, gdy słuchaliśmy co za bzdurą kierują się Ci ludzie. Jeden z przykładów poznałem na samym początku. Pierwszy dzień pracy. Ja razem z Danielem za barem. Był dość spory ruch. Jeden z gości musiał poczekać na cocktail, więc powiedzieliśmy mu, że za chwilkę go zrobimy i zaprosiliśmy do stolika. Po zrobieniu go, wyszedłem zza baru aby podać go miłym klientom. Tuż po powrocie dostałem opieprz do sławetnego Magica (naszego managera) którego nazywamy Jełopem, że nie mogę wychodzić do stolików, bo moje miejsce jest za barem. Natomiast za trzy dni usłyszałem, że nie wychodzę zza baru rozmawiać z ludźmi, a powinienem, że to jest moje zadanie w tej pracy. Tak więc po raz pierwszy ze stu ochujałem... Później przyszła pora na klimatyzację. Pracując w zamkniętym pomieszczeniu, bez okien, bez klimatyzacji, w gorącą noc, można sobie wyobrazić, że dość szybko robi się duszno. Nawet goście co chwila pokazywali, że jest znacznie za duszno, po mnie się lało mimo że nie było ruchu. Tak więc na zmianę włączałem AC tylko po to aby Danielle ( przydupas ) wyłączyła ją po sekundzie. Wiele razy prosiłem ją aby nie wyłączała, bo ze mnie leje pot i jest za gorąco. Ona mówiła, że jest za zimo przy drzwiach...No nic, poszedłem więc ostatniego dnia mojej pracy zapytać się jak to jest z klimatyzacją. Dowiedziałem się, że tylko Danielle jest odpowiedzialna za nią i do tego, że jak mogę chcieć włączać ją skoro w lokalu są dzieci...no tak...ale jeszcze nigdy nie widziałem w środku po 24 dziecka, albo osoby mniejszej niż 150cm...tak więc ochujałem po raz drugi ze stu. Ostatni, mój ulubiony przykład, jest związany z Pina Coladą. Standardowo mniej więcej można przyjąć, że szykuje się ją z mlekim, sokiem ananasowym, syropem/likierem kokosowym i rumem. Natomiast pierwszego czy drugiego dnia dowiedziałem się, że nie dodajemy mleka, bo kochany Jełop debil nie lubi mleka i nie podajemy z mlekiem...0_o. What the Fuck!? Za dwa dni dowiedziałem się, że jednak dodaje się mleko ale bez rumu. I tak w koło Macieju. Nie było dnia bez paranoicznych pomysłów Jełopa i jego przydupasa...cieszę się jak skurwiel, że już tam nie pracuję, choć dopływ gotówki był dobry.
Pewnie dzisiaj albo jutro zacznę szukać pracy. Zostawiłem sobie kilka dni bez robienia czegokolwiek, bo odwiedza mnie znajoma z USA i chciałem jej poświęcić czas skoro i tak już mnie zwolnili. Mimo wszystko jest to tylko tydzień.

sobota, 11 czerwca 2011

Plan na życie

Od kilku dni jestem w paskudne nastroju. Przebywam większość czasu samotnie, chodzę na długie spacery zakończone medytacją. To w sumie jedna z niewielu rzeczy jakie mi pomagają. Łapie niesamowity spokoj, ciszę i łatwiej mi jest myśleć o wielu rzeczach.

Postanowiłem juz prawie na pewno ze od października wracam na uczelnie, dokonczę juz te studia, zdam wszystkie examy lotnicze i do tego będę sie ostro uczył hiszpanskiego. Po zdaniu examow, pracując w klubach lub restauracjach, choć wolę w klubie jako barman, będę czekal na USA, jednocześnie będę szukał czegoś lepszego w polsce. Moze uda mi sie załapać jako instruktor w PL? Generalnie wiem ze jak sie nie uda złapać pracy jako pilot w pl to wylatuje do Ameryki Południowej. Język juz będę znał na tyle aby sie porozumiewać, praca jakąś sie znajdzie. Moze uda sie też uruchomić znajomosci aby pracować w Afryce... Na pewno nie będę gnił tak jak do tej pory. Trzeba w końcu zebrać sie w sobie i zrobić cos wartościowego. Zacząć jakąś karierę, a nie pierdzenie w stołek.

posted from Bloggeroid

piątek, 10 czerwca 2011

Numero NIE

Dzisiaj albo moge powiedziec "wczoraj" zaczal sie moj dzien. Najpierw praca do 4 rano, później poszliśmy na jedno piwo do lokalu obok, aby zaprzyjaźnić sie z ludźmi pracującymi z nami i obok nas. Lokal do którego trafiłem z Danielem byl niesamowity. Kupa śmiechu, zabawa w jakieś sztuczki magiczny i inne śmiechy. Zaprzyjaznilismy sie na tyle z właścicielem ze piliśmy z nim i barmanami jegermaistera za darmoszke. Wyszliśmy dość szybko bo o 7 mieliśmy bus do eivissa po odbiór jebanego NIE number. Jest to taki numer NIP. Nic nie byłoby w tym złego gdyby nie to, ze musieliśmy stać w kolejce non stop. Przyjechaliśmy tutaj o 7:30 a wyjechalismy o 12. Cały ten czas musieliśmy STAĆ! Nie można sobie przysiąść, nie można sobie kucnac, trzeba Kurwa stać! Gdy juz łaskawie przyjęli nas do środka i wypisali wszystko, okazało sie ze jeszcze musimy czekac pół godziny po odbiór samego dokumentu. Do tego wszystkiego dochodzi problem nie spania juz od 24 godzin, z czego perspektywa pracy za 11 godzin nie pomaga mi psychicznie. W załączniku przesyłam fotke tej karuzeli!

Teraz siedze sobie na plaży i czekam na swoją zmianę w pracy. Znalazłem idealne miejsce, nie wiem czy nie jest lepsze niż cafe del mar, jest cudownie. Nazywa sie kumharas i jest to beach bar z wieża obronną. Zdjęcie też zamieszcze.

Wracając do numeru nie, który kazdy powinien mieć. Kilka wskazówek i uwag. Po raz pierwszy po NIE trzeba udać sie od razu jak wpadnie sie na Ibize. Wyspać w kolejce trzeba chwilę bo odbiera sie papiery do wypełnienia. Jest to formularz który wypełnia sie do banku "modelo 790" oraz kartkę do wypełnienia swoimi danymi dla policjanta. Dostaje sie kartkę z data powrotu na komisariat. Nie trzeba zrywać sie o 4 rano jak gdzieniegdzie jest napisane , aby wystać pierwsze miejsce no kartki mają swoje numerki. Więc spokojnie na 9 rano można tam być. Trzeba mieć xerox dowodu osobistego, wypełnione wnioski i wczesniej zrobiona wpłatę. Teraz zaczyna sie czekanie. Praktycznie nic nie trzeba robić poza czekaniem. Nie można siadać i popierać sie. Nie wiem dlaczego. Jeden z policjantów- Alf jak nic - wciąż pilnuje tego. Jeśli zobaczycie tego policjanta to od razu zauwazycie podobieństwo do alfa z planety melmack. Dokument dostaje sie od razu. Ja wrocilem sobie nr NIE z rezydentem, bo wtedy mam loty 50% tańsze na ląd główny hiszpani i pomiędzy wyspami :) nomi i ot tyle tego. Teraz trzeba szukać lepszej pracy :)


posted from Bloggeroid

czwartek, 9 czerwca 2011

Nuda w pracy

Powiem ze pomimobze ciesze sie ze mam prace, to otwieram ze zdziwienia oczy jaki to straszliwy smietnik. Wyobrazcie sobie ze sam menager nie ma pojecia ile kosztuja drinki, jakie sa gramatury. Ostatnio np wymyslil sobie ze piña colada ktora zawsze robi sie z mlekiem badz smietana, on bedzie robil bez bo on nie lubi mleka...

Ostatnio zjebal Daniela ze nie moze siadac na przerwie na fajka, a jesli chce palic to MUSI robic to przy barze, po czym poszedl i usiadl na schodach zajarac szluga...

Kazal mi zdjac wszystkie bransolety i sznurki bo nie mozna nosic takich rzeczy tutaj, bo starsi ludzie ktorzy sa klientami tego smietnika bardzo patrza na higiene. Dlaczego sie wkurzam i otym pisze? Bo po blatach lataja mrowki (o wlasnie jedna zostala zabita przez goscia)... Na jednym z barow nie ma zlewu, a powierzchnie plaskie poza podloga myje sie ginem lub wodka w ilosci 20ml na metr kwadratowy...nie koloryzuje...ostatnio wylala ok 250 ml na blaty i szmate....

No i do tego musze pracowac w czyms takim...


posted from Bloggeroid